niedziela, 24 lipca 2011

mój poród


Piatek. Obudzil mnie skurcz o 4.30 nad ranem.  Spojrzalam na zegarek i zaczelam odliczanie. 7minut. Nie budzilam Mateja. Moze to falszywe skurcze, myslalam. Po tygodniach oczekiwania i obserwacji mego ciala, chcialam byc pewna zanim go zbudze. Zreszta dwa dni wczesniej mialam regularne skurcze przez dwie godziny i sie pomylilam... 10.00 godzina. Skurcze co 5-6 minut. Matej juz nie spi.
Odliczamy. Sprawdzamy w internecie czy tak powinno byc. Internet to nie jest dobry przewodnik. Zjedlismy sniadanie i Matej przygotowal mi kapiel. Dzwonie do mamy, ze to chyba juz... Ciagle nie jestem pewna. Mama panika, zeby szybko do szpitala jechac... Kapiel pomaga... Godziny pozniej skurcze sie rozregulowaly, raz co 5-7 minut, raz co 4-5minut... Ponoc chodzenie przyspiesza porod... Wiec chodze godzinami, probuje pilki, pufy ziarnistej, lezenia... Matej masuje mi krzyz. Pomaga. Slucham hipnozy porodowej i przeklinam ta kobiete co mowi o relaksacji. Skurcze sa coraz silniejsze i czestsze co 2-3minuty a ja coraz bardziej zmeczona... Udaje mi sie zdrzemnac na 30 minut, i kiedy sie budze skurcze znow co 6-7minut. Znow nie jestem pewna czy to TO... 17.00 godzina. Teraz juz tylko chodze. Skurcze sie nasilaja. 3-4 minuty. Stwierdzamy, ze pojedziemy do szpitala kiedy beda co minute lub dwie. Kolejna kapiel. Nie jestem w stanie nic jesc. 20.00 godzina, skurcze co 2minuty, nie daje juz rady. Jedziemy do szpitala.



W szpitalu okazuje sie, ze mam 5 cm rozwarcia i w sumie w najlepszym czasie przyjechalismy... Biora mnie do pokoju i pokazuja jak zazyc gazu rozweselajacego. Matej wlacza radio i leci muzyka z Ojca Chrzestnego. Wiekszosc Wlochow (w filmach o mafii) ma na imie Anthony. Czy nasz syn bedzie mafiozo...? Gaz nie pomaga. Nie umiem sie gleboko zaciagnac, bo kiedy nadchodzi skurcz, moj oddech staje sie plytki i szybki, nie potrafie go kontrolowac... W leb ida nauki z yogi i hipnoza porodowa. Na poczatku jeszcze sie wsluchiwalam w oddech, ale teraz bol jest zbyt silny... Czekamy az zwolni sie basen, az go napelnia i wszystko przygotuja. W tym czasie polozna podaje mi antybiotyk w zwiazku z wykrytym wczesniej Strep B.  Matej trzyma mnie za reke, skurcze sa juz tak silne i czeste, ze nie jestem w stanie ich mierzyc.



W koncu ide do basenu. Tuz przed odchodza mi wody plodowe...  Gaz nie pomaga wiec rezygnuje z niego calkowicie i sciskam Mateja, ktory siedzi tuz za mna poza basenem... o 23.45 zaczynaja sie parcia... Z kazdym ciagne Mateja coraz bardziej do basenu... Jest goraco, wiec polozna a pozniej Matej robia mi oklady na glowe. Z kazdym mowie, ze juz nie moge... Po polnocy chce epidural... ale polozna mowi, ze zaraz urodze. A mysl, ze mialabym wyjsc z basenu, czekac na epidural, i znow czekac az zadziala mnie odstrasza. Chcialam miec naturalny porod wiec moze dam rade... Nie myslalam tylko, ze "zaraz urodze" bedzie trwac 1,5 godziny... Ostatnie parcia. Chcialam go wypchnac jaknajszybciej wiec nie dawalam sobie odpoczac i nie czekalam na kolejny skurcz, tylko parlam... Polozna mnie uspokoila. Zaczelam oddychac jak Pani od Yogi kazala... wolno, systematycznie, gleboko... Okazuje sie, ze wody nie do konca odeszly i maly czesciowo jest jeszcze w nich. Musze urodzic pecherz wielkosci jego glowy a pozniej jego. Matej mowi poloznej, zeby jakos mi pomogla. Mozna przekluc pecherz, ale jesli maly zrobil w srodku kupe, to musze wyjsc z basenu i rodzic normalnie. Ryzykujemy. Teraz dziela mnie juz minuty od poznania synka. 1.21 Matej mowi, ze widzi glowke, i ze teraz wystarczy jedno pchniecie... Otworzylam oczy by zobaczyc jak Antek sie rodzi. Chwile potem podali mi fioletowa chmurke w ramiona, a ja, oszolomiona bolem nie wiedzialam co sie dzieje i gdzie jestem...



Z lozyskiem poszlo szybko, bo dostalam zastrzyk na latwiejsze jego usuniecie... Teraz mnie zszywali. Rozdarcie 2-go stopnia. Bolalo, znow probuje gazu. Myslami jestem przy Antku, ktorego widze w oddali w ramionach Mateja. Tez pragne przytulic synka. W miedzy czasie okazalo sie, ze maly ma temperature, i mozliwe, ze antybiotyk, ktory mi podano przed porodem nie zdazyl zadzialac, wiec maly musi zostac 48h w szpitalu i brac antybiotyk co 12 godzin...



Dostalam go z powrotem o 6 nad ranem kiedy przeniesli mnie na oddzial, i w koncu swiadomie juz go przytulilam. Nie moglam uwierzyc jaki jest malutki. Wazyl 3.345 kg, o wiele mniej od moich przypuszczen. Z wrazenia nie moglam zasnac. Patrzylam na niego przez co najmniej godzine, zanim zapadlam w pol sen.  W koncu razem... rozpoczynamy nowy rozdzial, rozpoczelo sie nowe zycie.


6 komentarzy:

  1. moja kochana dzielna dziewczynka... udało się...całusy mamita

    OdpowiedzUsuń
  2. Udalo sie, udalo... i mamy to cudne dzieciatko z nami...xxx

    OdpowiedzUsuń
  3. No, gratulacje. A młody piękny i wielki. Wielki, bo jak pomyślę, że moje panny ważyły po 2 kg i w kuwetce leżały grzecznie obok siebie... :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny poród ;-),aż łezka kręci się w oku.Zdjęcia też przepiękne ;-)Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  5. cięzki poród ale jak widać silna kobitka z ciebie :-)) ja urodziłam Amelkę przed 8 rano z wagą 4300 kg :-) pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
  6. Nadrabiam lekturę Twojego bloga od tego,co mi ostatnio najbliższe. Wspaniale dałaś radę!Gratuluję synka (i już lecę oglądać i czytać o nim - już nieco bardziej wyrośniętym;)

    OdpowiedzUsuń